środa, listopada 14, 2018 9

THEBALM: NAJLEPSZA MASCARA JAKIEJ KIEDYKOLWIEK UŻYWAŁAM, ŚWIETNE BRONZERY I... WIELE WIĘCEJ


Kilka tygodni temu pokazywałam Wam na Instagramie sporą przesyłkę PR-ową od theBalm (Jeszcze mnie nie śledzicie? Pora to zmienić! ➨agatawelpa). Dziś przyszedł czas obejrzeć te produkty z bliska i co nieco Wam o nich opowiedzieć. Jesteście ciekawe? 


Kosmetyki theBalm zachwycają opakowaniami! Zgadzacie się ze mną? Wszystkie są komiksowe, urocze, zabawne. Bardzo często w stylu Pin Up. Zdecydowanie przyciągają spojrzenia i nie sposób się im oprzeć. Większość ma też zabawne, niesamowicie pomysłowe nazwy, które dodatkowo podkreślają ich wyjątkowość. O jakich produktach dzisiaj porozmawiamy? Pokażę Wam dwie nowe palety cieni, bronzery, które już dawno chciałam wypróbować, kilka produktów do ust i mascarę, która pobiła wszystkie, które do tej pory testowałam! 

theBalm to Amerykańska marka, która powstała w 2003 roku w San Francisco. Bardzo szybko kosmetyki stały się rozpoznawalne na całym świecie, a kilka z nich zyskało tak dużą sławę, że już teraz możemy mówić, że są kultowe. Do takich produktów na pewno należy rozświetlacz Mary Lou Manizer, bronzer Bahama Mama czy paleta Nude Tude. 


PALETY CIENI ALTERNATIVE ROCK VOLUME 1 & VOLUME 2


Palety theBalm bardzo często są paletami wielozadaniowymi, tak samo jest i w przypadku palet Alternative Rock. Obie palety stylizowane są na płyty winylowe (Kto nadal je pamięta?). Zewnętrzna tekturka wygląda jak okładka płyty ze zdjęciem wokalistki i tytułem z przodu oraz, oczywiście, listą tytułów na odwrocie, a wyjmowana ze środka paleta jest czarna, niczym sama płyta, z mocno połyskującą nazwą palety. W środku każdej palety mamy 9 produktów, których możemy używać jak tylko chcemy. Sześć z nich jest mniejszych, a trzy większe. Większe wkłady to produkty, których możemy używać do konturowania twarzy, ale nic nie stoi na przeszkodzie aby używać ich jako cieni do powiek. Powiedziałabym, że w palecie Vol.1 wręcz konieczne jest użycie bronzera do wykonturowania oka, bo większość małych wkładów to cienie foliowe. Dzięki takiej "konstrukcji" tych palet bez problemu wykonamy każdą z nich pełen makijaż oka+ konturowanie twarzy.

W obu paletach cienie matowe są bardzo miękkie, pięknie się rozcierają i dobrze "kleją" do powieki nawet bez bazy. Przez to mocno pylą i trzeba uważać na osypywanie nakładając je na powiekę. Jeśli chodzi o konsystencję mogę przyczepić się tylko do jednego, czarnego cienia z palety Vol.2, który psuje ten obraz. Cień "The Parents Argon", w przeciwieństwie do reszty, jest bardzo suchy i ciężko cokolwiek z niego wykrzesać, dla mnie nadaje się tylko do stosowania na mokro. Tak samo, oprócz tego jednego cienia, wszystkie inne są bardzo mocno napigmentowane i nie potrzeba im bazy do podbicia koloru. Cienie połyskujące/foliowe dają niesamowity blask i przepięknie urozmaicają makijaż. Pod tym względem o wiele lepiej prezentuje się paleta Vol.1, w której mamy aż cztery takie cienie w przepięknych odcieniach fioletów i róży.






THE BALM ALTERNATIVE ROCK VOLUME 1 "PINK FLUORITE"


Jak mocno różnią się te palety? Ciężko mi wybrać spośród nich ulubioną, obie mają fajne kolory, a jedyna rysa na szkle to czarny cień z palety Vol.2. Właściwie tylko o niego ta wersja jest gorsza. Paleta Alternative Rock Vol.1 jest chłodniejsza, więcej w niej chłodnych różowych cieni, jest jeden srebrzysty, świetny do rozświetlenia powieki. W tej palecie nie mamy czerni, ani matowego, jasnego beżu. Jest za to odrobinę ciemniejszy beż, który u mnie sprawdza się jako cień transferowy. Najciemniejszy w palecie jest matowy, bardzo głęboki brąz, który z powodzeniem zastąpi czerń nałożony np. wzdłuż linii rzęs, żeby ją przyciemnić. W palecie Vol.1 bardzo podoba mi się chłodny odcień różu i rozświetlacz, który intensywnie opalizuje na różowo. Bronzer w tej palecie jest raczej po cieplejszej stronie, ale jeszcze możemy nim konturować twarz. Na szczęście nie jest pomarańczowy.



KOLORY CIENI:

"Naughty or Gneiss"- matowy, średni beż, który u mnie sprawdza się jako cień transferowy, ale jest za ciemny żeby nakładać go pod łuk brwiowy
"Lead Astray"- jasny róż, mocno połyskujący, o foliowym wykończeniu
"Take it for Granite"- srebrzysty, mocno połyskujący, foliowy cień
"Cooper Attitude"- ciemniejszy róż, o foliowym wykończeniu ze złotymi drobinkami
"Nice Ash"- fiolet, o foliowym wykończeniu
"All Ore Nothing"- matowy, ciemny, głęboki brąz
"Iron More Than You"- średni, matowy brąz, o neutralnym odcieniu
"Of Quartz You Did"- matowy różowy róż, z delikatnymi drobinkami
"Basalt and Pepper"-opalizujący na różowo rozświetlacz dający efekt pięknej tafli






THE BALM ALTERNATIVE ROCK VOLUME 2 "STEVIE NICKEL"


Paleta o zdecydowanie cieplejszej tonacji, która na pewno wielu z Was przypadnie do gustu. W tej palecie znalazł się zarówno matowy, jasny beż, jak i matowa czerń. Wiem, że wiele z Was zwraca na to uwagę szukając idealnej palety. Tak samo jak w poprzedniej palecie mamy tu sześć mniejszych cieni (w tym dwa totalnie matowe, jeden matowy z drobinkami i dwa foliowe) oraz trzy większe produkty do konturowania twarzy. Matowy beż jest tym razem idealny pod brew, ale czerń jest raczej słabo napigmentowana i ciężka we współpracy.



KOLORY CIENI:

"Let Me Zinc About It"- bardzo dobry, jasny, matowy beż, idealny pod łuk brwiowy
"Don't Give a Schist"- prześliczne jasne złoto
"Sodium Fine"- bardzo ciemny brąz z drobinkami
"Amrite?"-ciepły, średni brąz, matowy
"As Xenon TV"-miedziane złoto, o foliowym wykończeniu
"The Parents Argon"-matowa czerń, jak dla mnie bardzo słabo napigmentowana
"None of Your Bismuth"- mleczny, nie za ciepły bronzer
"Bare Minium"- koralowy róż z bardzo maleńkimi drobinkami
"Nickel Buy You Dinner"- szampański rozświetlacz dający efekt tafli

Obie palety Alternative Rock są idealne na wyjazdy, a także dla osób ceniących sobie minimalizm w temacie kosmetyków. Szukasz jednej palety, którą zrobisz cały makijaż? Alternative Rock to coś dla Ciebie. Chłodnym typom urody zdecydowanie bardziej przypadnie do gustu Vol.1. Z kolei osobom o cieplejszym typie urody polecam zainteresowanie się Vol.2. Palety są tekturowe, leciutkie, ale w środku nie zabrakło miejsca na dobrej jakości lusterko.





BRONZERY TAKE HOME THE BRONZE OLIVER, THOMAS & GREG


Bronzery Take Home The Bronzer  to malutkie, tekturowe prostokąciki mieszczące w sobie aż 7g produktu (dla porównanie bronzery z palety ➥Kat Von D Shade+Light mają 4,5g). Pojedynczy bronzer jest leciutki, zmieści się w każdej kosmetyczce. Tektura z której zostały wykonane te mini-paletki jest solidna, a w środku każdego bronzera mamy dobrej jakości lusterko. Trochę ciężko przy nim zrobić konturowanie, ale w razie potrzeby pomalujecie przy nim oczy. Opakowania różnią się odcieniem brązu, każde jest zbliżone do produktu, który znajduje się w środku.

Bronzery theBalm mają przyjemną formułę, która praktycznie sama się rozciera. Blendowanie tych kosmetyków to sama przyjemność. Są matowe, ale miękkie i w sam raz, jak na tego typu produkty, napigmentowane. Ich pigmentacja nie jest przesadnie duża, z taką mogłybyśmy szybko zrobić sobie brzydkie plamy, nie jest też mała i bronzer jest widoczny na twarzy. Bronzery łatwo nabierają się na pędzel, szczególnie lubią się z pędzlami o naturalnym włosiu. Wszystkie trzy mają ładne odcienie, bez pomarańczowych tonów, które pozwolą wykonturować twarz. Najcieplejszy z nich to Thomas, ale nawet on nie jest czerwonawy. Mój ulubiony to, oczywiście, Oliver, najjaśniejszy bronzer o odcieniu przypominającym mi kakao. Najciemniejszy bronzer to Thomas. Myślę, że każdy znajdzie wśród tych trzech odcieni idealny dla siebie, a największe makijażowe maniaczki będą zachwycone mieszając w swoim makijażu wszystkie trzy odcienie (jak ja). Nie obraziłabym się gdyby theBalm wypuściło paletę ze wszystkimi trzema odcieniami bronzerów, taką, którą mogłabym schować w kufrze i malować nimi Klientki, bo z tymi bronzerami pracuje mi się o wiele łatwiej niż z paletą Kat Von D Shade + Light. Obecnie to moje ulubione ulubione bronzery na równi z paletą Smashbox Cali Contour.

KOLORY BRONZERÓW:

Oliver- chłodny, jasny brąz, który odcieniem przypomina mi kakao
Thomas- średni odcień brązu, o nieco cieplejszym odcieniu, idealny dla cieplejszych typów urody, a dla tak chłodnych jak ja do delikatnego odcieplania makijażu
Greg- najciemniejszy, chłodny brąz

Bronzery theBalm wyglądają na skórze przepięknie, bardzo naturalnie. Efekt jaki nimi uzyskamy jest elegancki. Wykończenie bronzerów jest matowo-satynowe, dzięki temu wyglądają one na skórze lepiej niż suche, totalnie matowe produkty. Bronzerów możecie używać do konturowania twarzy, a także do makijażu oczu. Niżej możecie zobaczyć porównanie bronzerów Take Home The Bronze z tymi z palet Alternative Rock.





RÓŻ HOT MAMA


Róz Hot Mama to jeden z kultowych kosmetyków theBalm.  Podobnie jak bronzery Take Home The Bronze, róż ma tekturowe opakowanie z lusterkiem, a gramatura produktu to nieco ponad 7g. Opakowanie jak zawsze zachwyca- zachód słońca, plaża, palmy i dziewczyna w stylu PinUp w bikini i szpilkach. Przepiękne!

Sam róż jest brzoskwiniowy, z przepięknym złotym blaskiem. To typowy róż rozświetlający, dzięki któremu uzyskacie efekt zdrowej, promiennej cery.  Tak samo jak bronzerów, możecie używać go nakładając na policzki oraz jako cień do powiek. Jego odcień jest na tyle uniwersalny, że będzie pasował zarówno osobom o ciepłym, jak i chłodnym typie urody.


BŁYSZCZYKI PLUMP YOUR PUCKER


Błyszczyki Plump Your Pucker są po prostu ok. To lekkie błyszczyki, które szybko nałożymy na usta w biegu, nie przejmując się za mocno precyzją. Mam trzy kolory: Dramatize, Amplify i Overstate. I o ile Dramatize to zupełnie przeciętny błyszczyk o brzoskwiniowo różowym odcieniu, to dwa pozostałe są o wiele ciekawsze. Amplify i Overstate to błyszczyki na przezroczystej bazie z mnóstwem zatopionych drobinek. W Amplify drobinki mają różne odcienie różu, a w Overstate są złote. Te dwa przepięknie połyskują i dają o wiele ciekawszy efekt zarówno nałożone solo, jak i (ja najbardziej lubię je tak nakładać) na matowe, zastygające pomadki. Nie można tu mówić o jakiejś przełomowej trwałości. Błyszczyki są lekko tłuste, a usta po ich nałożeniu wydają się lekko nawilżone.






POMADKI THE BALM JOUR CREAMY LIP STAIN


Pamiętacie jak pokazywałam Wam na Instagramie zdjęcie wszystkich kosmetyków theBalm i pisałam, że błysk na ustach to nie moja bajka? No cóż, zmieniłam zdanie. The Balm Jour Creamy Lip Stain to błyszczące pomadki w płynie, które utrzymują się na ustach wiele godzin. Pomadki mają bardzo gęstą, tłustą, kremową formułę, dzięki temu z łatwością wyrysujemy idealny kontur ust. Początkowo są lepkie, połyskujące, ale z czasem tracą połysk i stają się bardziej matowe. Ich pigmentacja jest bardzo duża, pomadki jakby "wżerają" się w usta i pozostawiają na nich kolor na bardzo długo. To pierwsze pomadki, w których nie przeszkadza mi lepkość, one są jak lakiery do ust.

Połączenie wysokiej pigmentacji, zaskakującej długotrwałości i komfortu noszenia sprawiło, że przestało mi przeszkadzać to, że pomadka nie jest matowa. Jeśli pomadka potrafi przetrwać cały dzień z niemowlakiem, to znaczy, że to dobra pomadka. Nie sądziłam, że to powiem, ale o wiele chętniej noszę ostatnio właśnie te pomadki, niż moje ulubione zastygające pomadki. Czuję się z nimi na ustach bardzo komfortowo, usta nie są wysuszone, nie muszę martwić się tym, że pomadka zjada się. W przypadku tych pomadek właściwie ciężko mówić o zjadaniu. Mam wrażenie, że one nie znikają podczas jedzenia czy picia, ale stopniowo w ciągu dnia wchłaniają się w usta, aż pod koniec dnia pozostaje po nich jedynie kolor na ustach. To na prawdę fajne, bo właściwie nie zauważa się w ciągu dnia żadnego ubytku, wieczorem usta nadal mają ładnie podkreślony kontur i piękny kolor.

KOLORY POMADEK:

Konnichiwa- brzoskwinia
Salut- brudny róż
Hello- intensywny, ciemny róż




 


MASCARA MAD LASH


Na koniec wisienka na torcie. Mascara Mad Lash, której zadaniem jest wydłużenie i pogrubienie rzęs, zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. We wpisie o mascarze ➥NARS Climax wspominałam, że moich rzęs prawie nie ma i, że z tego powodu ciężko mówić o spektakularnych efektach. Więc tak: jak na moje rzęsy, to SĄ spektakularne efekty. Jestem takim typem, którego zawodzi większość dostępnych na rynku mascar. Używam ich, żeby moje naturalne rzęsy stały się lepszym podparciem dla sztucznych, które doklejam nawet na co dzień. A jeśli nie mam ochoty doklejać sztucznych rzęs? Wtedy wcale nie maluje rzęs (i oczu ogólnie, tylko brwi). Tak, możecie pomyśleć, że coś ze mną nie tak, ale po latach miałam dosyć pytań o to czemu nakładam tak dużo cieni, a rzęs nie maluję. Nawet pomalowanych nie zauważali. Serio.

Ale co z tą mascarą od theBalm? Jej szczoteczka jest silikonowa, lekko zakrzywiona i bardzo giętka. Sama mascara jest bardzo intensywnie czarna, pierwszy raz widzę na moich rzęsach TAK INTENSYWNĄ czerń. Konsystencja jest gęsta i kremowa od samego początku i jak na razie się nie zmienia. Odrobinę przeszkadza mi mocno alkoholowy zapach, który mocno czuć podczas nakładania mascary, ale coś za coś. I dla takiej długości jaką widzę po jej nałożeniu, dałabym sobie wylać na rzęsy litr czystego spirytusu. Gdyby to miało dać jakiś efekt. Alkohol jest w składzie tej mascary dość wysoko, może to coś wyjaśnia? Moje rzęsy po nałożeniu mascary Mad Lash są wyjątkowo długie, nie sądziłam, że można z nich wyciągnąć taką długość, i bardzo ładnie rozdzielone. Zwiększenie objętości nie jest aż tak mocno zauważalne, na pewno jest mniejsze niż to, które uzyskałam mascarą NARS, ale rzęsy są lekko pogrubione. W ciągu dnia mascara nie kruszy się i nie osypuje pod oczy, ale jej wielkim minusem jest brak wodoodpornej formuły. Z tego powodu zrezygnowałabym z niej w trakcje większych przyjęć (ślub, wesele), ale wtedy większość z nas najczęściej dokleja sztuczne rzęsy. Niżej zobaczcie jaki efekt daje mascara Mad Lash.



I to już wszystko na dzisiaj. Ciężko mi wybrać spośród tych produktów mój ulubiony, bo sporo zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Prawdopodobnie sama nie kupiłabym pomadek theBalm Jour, które okazały się prawdziwym hitem!, ani palet Alternative Rock, a to idealne palety na wyjazdy. Dajcie znać w komentarzach, który kosmetyk spodobał się Wam najbardziej?

Znacie kosmetyki theBalm? Wymieńcie swoje ulubione! 



 

 

 

9 komentarzy:

  1. Właśnie szukam porządnego bronzera i sie zastanawiam pomiędzy najjaśniejszym a Thomasem :) Poza tym wszystko chcę <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najlepiej oba :D Ale jeśli chcesz wybrać jeden to bierz Oliver'a :D

      Usuń
  2. Moim odwiecznym ulubiencem The Balm jest Bahama Mama, nie ma lepszego bronzera :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Te kosmetyki prezentują się cudnie <3 Chętnie przygarnełabym te cienie <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow cudowne kosmetyki zazdroszcze;)sliczny blog zapraszam do siebie na pierwszy post po dlugiej przerwie ;)https://martinefashionandbeauty.blogspot.com/?m=1 buziaki :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kosmetyki the Balm mają piękne opakowania i od dawna zbieram się na zakup chociaż jednego kosmetyku z tej marki :) Szkoda tylko że nie pokazałaś swatchów błyszczyków i pomadek :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już są! Przepraszam, że nie było ich od razu, ale przez mojego bobasa byłam pewna, że je dodałam, a nie dodałam ;D

      Usuń
  6. Bardzo lubię kosmetyki theBalm! Opakowania są cudne, doceniam ich kreatywność i spójność! Sama mam paletę Meet Matte Nude, rozświetlacz Mary LouManizer oraz puder Sexy Mama, wszystkie trzy uwielbiam ♥ Z tych nowości bronzer Oliver mi się najbardziej spodobał, przydałby mi się jakiś jasny i chłodny do konturowania :)

    OdpowiedzUsuń
  7. pierwszy makijaż jest genialny ;) a bronzer podoba mi się Oliver :)

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za każdy pozostawiony komentarz! Komentarze są dla mnie najlepszą motywacją do dalszego pisania i rozwijania mojego miejsca w sieci. ❤

Jeśli mój blog spodobał Ci się i dołączyłeś do obserwatorów daj o tym znać w komentarzu abym mogła Cię odwiedzić ❤